- "Klikając tutaj myślałam, że przyjdzie mi łatwo cokolwiek napisać, a w konsekwencji znieruchomiałam. To, co zrobiłam jest okropne, wiem o tym dokładnie. Ciągle, gdy ktokolwiek zacznie mówić o aborcji, zaczyna kręcić mi się w głowie, jest mi słabo i chce mi się wymiotować jak wtedy, gdy przyszłam z zabiegu. Moment, w którym wtedy byłam jest jak zmora - ciągle wraca. Gdy teraz o tym wszystkim myślę, wraca do mnie dwa tygodnie beznadziejnego stresu, wymiotów i pustka. Nie miałam problemu z pieniędzmi, a o lekarza mój chłopak się zatroszczył i to bardzo szybko, gdy mu powiedziałam. Może gdybśmy sami nie mieli pieniędzy i trzeba [by] było prosić o nie rodziców, wszystko by się inaczej potoczyło. Nie wiem dlaczego piszę - chciałabym, by dziewczyny pomyślały sto razy przed zrobieniem tego, by nabrały wiary w siebie, że są w stanie wychować to dziecko - nawet same. Jesteście w stanie skończyć studia, zarobić na dziecko i znaleźć kogoś wartościowego, kto będzie kochał ciebie i twoje dziecko. Nie zrób tego samego błędu co ja. P.S. Gratuluję strony internetowej. Mam nadzieję, że odniesie sukces i przyczyni się do dobra."
Ania (e-mail, 23. stycznia 2004 r.)
- "Urodziłam pięcioro dzieci, a zabiłam sześcioro. Czuję się pusta w środku - nie było nikogo, kto by mi wtedy pomógł. To tragiczne - boję siś o tym nawet myśleć, bo nigdy sobie tego nie wybaczę. Najmłodsze jest kalekie, ale je bardzo kocham. Wtedy mówiło się o zabiegu i nikt nawet nie próbował odwieść od tej decyzji. Dzisiaj ponoszę konsekwencje swoich decyzji i dziękuję Panu Bogu za tę córkę, bo może chociaż w małej cząstce przez swój ból i trud, i cierpienia mojej córeczki... Nie wiem, poprostu nie wiem. Błagam o przebaczenie."
Wypowiedź anonimowa (e-mail, jesień 2003 r.)
- "Dzięki Bogu, Karolek będzie miał teraz 15 lat. A chciałam go zamordować. Sytuacja w domu była bardzo ciężka, mąż pił, robił awantury. Było już troje dzieci, więc podjęłam taką decyzję, że to czwarte usunę. Poszłam do lekarza po skierowanie do szpitala. Lekarz spytał tylko, czy podjęłam tę decyzję nieodwołalnie. Powiedziałam, że tak. Wtedy wypisał mi skierowanie. Wzięłam to skierowanie i poszłam z nim na drugi dzień do szpitala. Tam pani doktor, która mnie badała, jeszcze raz spytała, czy chcę naprawdę to zrobić. Odpowiedziałam jej, że tak. Spytała, czy wiem jakie konsekwencje mogę ponieść, że mogę później chorować, że będę odpowiadać przed Bogiem, że to jest grzech. Powiedziałam jej, że zdaję sobie sprawę z tego wszystkiego. Jednak chciałabym to zrobić, dlatego, że mam takie warunki, które mnie do tego zmuszają. Wtedy spytała czy chciałabym porozmawiać z jeszcze jedną panią na ten temat. Zgodziłam się. No i właśnie wtedy spotkałam Marię, która zaczęła mi tłumaczyć co robię. Wtedy podjęłam tę decyzję, że jednak nie usunę go. Rozpłakałam się. Przez całą drogę, jak wracałam do domu, widziałam tylko ciemny szlak przed sobą. Przyszłam do domu. Córki pytały mnie dlaczego płaczę? Wtedy im powiedziałam, że będą miały jeszcze braciszka. Strasznie się ucieszyły, zaczęty mnie ściskać. A później urodził się Karolek. (...) Jestem niezmiernie szczęśliwa, że go urodziłam. Bardzo się cieszę. Nie wyobrażam sobie w tej chwili, żeby go mogło nie być. Bardzo go kocham, może jeszcze bardziej jak pozostałe dzieci. Chociaż wszystkie bardzo kocham. Chciałabym powiedzieć do wszystkich kobiet, które podejmują tę decyzję, żeby nigdy tego nie robiły. Bardzo często przypomina mi się to, jak nie śpię, że coś takiego mogłam zrobić, czego bym żałowała przez całe życie. Bardzo się cieszę, że spotkałam taką osobę, która się znalazła w tym czasie, do której mogłam się zwrócić w każdej chwili, z która mogłam porozmawiać, bo w domu to raczej nie miałam z kim, którą była właśnie Maria. Ta pomoc duchowa była mi najbardziej potrzebna w tym momencie. Było to bardziej istotne niż jakakolwiek pomoc materialna. Bardzo Marię lubię, i nie zapominam nigdy o niej. Mam przyjaciółkę, która zawsze mówiła mi, że mam strasznie dużo dzieci, że mam kłopoty, że mam męża, który pije i nigdy nie ma w domu tak, jak potrzeba, że niepotrzebne są mi te dzieci. Jak się urodziło to czwarte dziecko, też bardzo mi tak przygadywała. Wytykała mi: za mało ci jeszcze było tych dzieci, urodziłaś następne... Ale kiedyś opowiedziała mi taką historię. Ona usunęła dziecko, l pewnej nocy, we śnie, przyszedł do niej chłopiec w garniturze i spytał ją: mamusiu, dlaczego mnie zabiłaś? Właśnie dzisiaj bym szedł do I Komunii św., gdybyś mnie nie zabita. Od tamtej chwili już tak do mnie nie mówiła, tylko: masz rację, że tak postąpiłaś, że nie zabiłaś tego dziecka. Może, gdybym nie zrobiła tego, to w tej chwili byłabym szczęśliwa. I jest Karol. Jeszcze raz powtarzam, że bardzo, bardzo szczęśliwa jestem, że on jest. Czasami zostaję sama w domu, wszyscy wychodzą, nie ma nikogo. A on jeden zawsze jest na posterunku, zawsze mam się do kogo odezwać. Taka została mi pociecha, radość na dalsze lata. Myślę, że tak będzie. Dużo ludzi mówi, że nie może mieć kolejnego dziecka, nie ma gdzie go położyć. Ja zawsze tłumaczę, że jeśli jest dziecko, to znajdzie się dla niego miejsce. Jak się chce, to wyjście zawsze się znajdzie. Jak Pan Bóg tworzy, to nie zamorzy. Tak często bałam się, że nie będę miała co dzieciom dać jeść. Była taka sytuacja, że często mąż przepijał pieniądze, ja nie pracowałam. Ale tak nie było. Nigdy nie były głodne i źle też nie jadły. Może było gorzej z ubraniem, ale to nieważne. (...) Ja bym się najlepiej czuła, jak by mąż zarobił na dom. Żeby był taki, żeby dbał o dzieci. Niestety tak nie jest. Ale jakoś sobie daję radę."
Krystyna
(źródło: "Miłujcie się")
- Na antyaborcyjnych manifestacjach w USA często przemawia 19-letnia dziewczyna. Ma w sobie niesłychanie dużo entuzjazmu i miłości. Mówi swobodnie nawet na wielkich zgromadzeniach. Jej bawełniana koszulka zawiera przesłanie, które głosi: z przodu - trzy pary odcisków stopek nie narodzonego 10-, 20-, i 36-tygodniowego dziecka, z tyłu - napis: "Kiedyś byłam embrionem i dlatego jestem przeciw aborcji".

Nazywa się Gianna Jessen. Mieszka obecnie w San Clemente. Dziwnie potoczyły się losy Gianny. W 1977 r. jej matka udała się do kliniki w Los Angeles, aby dokonać aborcji przeprowadzanej metodą "saline - solition" [zatrucie płodu roztworem soli - przyp. T.K.]. Wykonano zabieg rutynowo i personel "medyczny" był pewien śmierci płodu. Jedna z pielęgniarek z przerażeniem zauważyła, że dziecko żyje. W odruchu współczucia wzięła poparzone maleństwo i zaniosła na oddział intensywnej terapii. Lekarze nie dawali żadnych szans na przeżycie. Gianna nie mogła się poruszać, leżała w beznadziejnym stanie - "jak kawałek ugotowanego makaronu" - według określenia jednej z pielęgniarek. Przeżyła jednak zastrzyk z roztworu solnego i sprowokowany poród. Pielęgnowano ją do czasu, kiedy mogła być zabrana do sierocińca dla małych dzieci. Kiedy miała 3 lata została adoptowana. Mimo prognoz lekarskich - nie tylko przeżyła - ale wyrosła na śliczną, utalentowaną dziewczynę. "To, co nazywają prawem kobiety do wyboru - mówi - jest prawem do zabijania. Gdyby lekarz nie "spartaczył" swojej roboty, nie byłoby mnie tutaj. Wiem, że dzieje się coś strasznego".
fragment z artykułu Jana Bilewicza
(Ja też kiedyś byłam embrionem..., "Miłujcie się", ROK XXII, nr 5-8 / 1996)
- "Byłam w bardzo ciężkiej, właściwie tragicznej sytuacji. Nie miałam co jeść, w co się ubrać. Z mężem, chorym na schizofrenię paranoidalną, przechodziłam prawdziwą gehennę. W takiej sytuacji dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Miałam już 12-letnią córkę. Moja decyzja wtedy była niestety taka, żeby usunąć ciążę. Przy okazji dowiedziałam się też, że mam mięśniaki. Lekarz rejonowy skierował mnie najpierw na usunięcie ciąży, a później mięśniaków. Wtedy poznałam Marię. Po rozmowie z nią nie zgłosiłam się do usunięcia ciąży. Nie poszłam tam. Maria skierowała mnie na badanie do prof. Troszyńskiego z Instytutu Matki i Dziecka w Warszawie. Zgłosiłam się do Instytutu i do końca nie byłam zdecydowana. Cały czas czekałam na usunięcie ciąży. Ja się nie obawiałam jeszcze jednego dziecka więcej. Obawiałam się tylko, jakie to dziecko będzie. Operację mięśniaków miałam w szóstym miesiącu ciąży. Wszystko przebiegło pomyślnie. Ja w dalszym ciągu chciałam zabić moje dziecko. Wtedy wzięto mnie na USG i zobaczyłam moją córeczkę. Lekarze pokazali mi dziecko jak ono żyje, jak bije jego serce, jak się porusza. Profesor pytał mnie wtedy, jak ja sobie wyobrażam, jak oni mają to zniszczyć, w jaki sposób? Odpowiedziałam, że nie mam pojęcia jak, ale wiem, że to się robi. A ja nie muszę chyba wiedzieć w jaki sposób. Lekarz stwierdził, że on mi powie, jak to się robi. I powiedział. Nie wyobrażałam sobie, że można za ucho chwycić, czy za oko, czy za nóżkę - i wyrwać.

W tym momencie, kiedy zobaczyłam dziecko, które żyje, któremu bije serce, które się porusza, nie wyobrażałam sobie porozrywania jego na kawałki. Cały czas jednak bałam się o to, czy moje dziecko będzie normalne. Przyszła chwila, że urodziłam śliczną, zdrową i normalną dziewczynkę. Dzisiaj ma ona już 11 lat. W czasie mojego powrotu z dzieckiem ze szpitala, mąż przechodził atak. W ogóle nie wiedział, że ja jestem już w domu. Dopiero na drugi dzień doszedł do siebie. Zobaczył, że jestem w domu i zdawał sobie sprawę, że ma córkę. Chodził taki dumny, dotykał ją jednym palcem. Była bardzo do niego podobna. Potem wychodził z nią nawet na spacery, chociaż wcześniej twierdził, że nigdzie z nią nie wyjdzie. Były też momenty, że nie mogłam z nim zostawić dziecka. Różne rzeczy przychodziły mu do głowy. Mógł ją wziąć z łóżeczka i po prostu wyrzucić. Tak mówił, a później żartował, że nigdy by tego nie zrobił. Ja nie bałam się wcale męża. On mi właściwie krzywdy nie zrobił. Magda jest ładnym, udanym dzieckiem. Jest naszą radością. Zupełnie zmieniła tryb naszego życia. Wszystko się zmieniło. Z początku myślałam, że sobie nie poradzę, ale mimo wszystko poradziłam sobie. Dzisiaj, kiedy po śmierci męża zostałyśmy same, gdyż starsza córka wyszła za mąż, Magda jest moim szczęściem. Dobrze się uczy, jest zdrowa. Gdybym teraz spodziewała się dziecka, już bym go nie zniszczyła. Na pewno. Jestem całkowicie przeciwna zabijaniu dzieci nienarodzonych! Każde dziecko można wychować. Wszystko jest do pokonania. Każda kobieta wychowa, nawet sama. Myślę, że nawet w najgorszych warunkach można wychować, jeżeli się chce. Ciężko jest tylko przez pewien czas. Sama to przeżyłam, więc wiem. I gdybym w tej chwili miała jeszcze jedno dziecko, to też bym je wychowała. Bo cóż to jest dwoje dzieci? Jeżeli kobieta jest w ciąży, to nie powinna niszczyć, tylko przyjąć dziecko i je wychować. Macierzyństwo przychodzi samo, miłość do dziecka rozwija się w trakcie 9-ciu miesięcy ciąży. U mnie ten proces trwał długo. Jeżeli normalni ludzie mają normalne warunki, to nie rozumiem, dlaczego nie chcą dziecka."
Matka
(źródło: "Miłujcie się")
- "(...) Wydawać by się mogło, że problem ten [aborcji - przyp. T.K.] został zamknięty w ustawowym paragrafie i właściwie nie istnieje. A jednak niezmiennie, jak przed wprowadzeniem ustawy o zakazie dokonywania aborcji, przychodzą do mnie kobiety, które nie chcą urodzić "tego dziecka". Jest mi niezmiernie trudno wytłumaczyć, że "ten człowiek" został już stworzony przez Boga do życia i wieczności. Jestem lekarzem, który nigdy nie dał skierowania na zabieg usunięcia ciąży. Zawsze powtarzam pacjentkom, że jeżeli matka i ojciec nie decydują się wychowywać swojego dziecka, to w naszych warunkach może być ono oddane do adopcji rodzinie zastępczej. Obdarowanie małżeństwa, które pragnie, a nie może mieć dziecka jest dobrem, natomiast aborcja jest morderstwem. (...) Niektórzy teoretyzują, iż bywają przypadki, w których ciąża zagraża życiu kobiety. Każdy lekarz, zajmujący się pacjentką w ciąży, musi sobie zdawać sprawę, że ma do czynienia z dwoma pacjentami, których należy leczyć dopóty, dopóki pozwala na to jego wiedza medyczna. W zawodzie ginekologa-położnika pracuję już ponad 20 lat i muszę przyznać, że nie miałam sytuacji, kiedy musiałam podjąć decyzję o zabiciu dziecka, dla uratowania życia matki. Rozmawiając z innymi położnikami również nigdy nie usłyszałam o takim przypadku. Matki kalekie, chore, często rodzą zdrowe dzieci. (...) Aborcja jest nie tylko morderstwem dziecka, ale zniszczeniem zdrowia fizycznego i psychicznego matki. W ten sposób myślę o zespole zaburzeń psychicznych, czyli tzw. zespole postaborcyjnym. Następuje on u kobiet (a także u lekarzy) po dokonaniu morderstwa. (...) Nie znam kobiety, która by nie rozpaczała po dokonaniu aborcji."
fragment z artykułu Danuty Hebdy Lis
(Co sądzę o aborcji, "Miłujcie się", nr 11-12 / 2000)
- " (...) Elżbieta była pielęgniarką i w pracy miała kontakt z dziećmi upośledzonymi. Kiedy po raz drugi zaszła w ciążę, zaraz na jej początku zachorowała na ostrą odmianę grypy. Zaczęła obawiać się, że w czasie choroby płód został uszkodzony i dziecko, które urodzi będzie upośledzone. W ten sposób zrodziła się w niej pierwsza myśl o aborcji swojego dziecka. Pobiegła do pani ginekolog, która jeszcze bardziej pogłębiła jej obawy twierdząc, że dziecko może mieć ciężką wadę serca. Pani ginekolog bez zastanowienia wypisała skierowanie na aborcję. Sama już nie wykonywała "zabiegów" dlatego, że przeżyła szok po tym, jak jej sąsiadka zmarła podczas dokonywania aborcji. Widząc codziennie dwójkę osieroconych dzieci zaprzestała sama usuwać ciąże, tylko prosiła koleżanki i kolegów o "przysługę". Elżbieta była przekonana, że wskazanie lekarskie jest słuszne. Sytuację pogarszał mąż, który był bardzo przeciwny narodzeniu się dziecka i mocno nalegał, aby ciążę szybko "usunąć". Faktem jest, że rodzina ta miała wtedy bardzo trudne warunki mieszkaniowe, ale czy to może być wystarczający powód do uśmiercenia dziecka? Kiedy dowiedziałam się o całej sprawie - wspomina pani Maria - robiłam wszystko, co było możliwe, aby dziecko uratować. Każdy mój nieodpowiedni ruch mógł przekreślić całą sprawę. Potrzebna była wielka dyplomacja. Skierowałam najpierw Elżbietę do pana prof. Troszyńskiego. Profesor jednoznacznie stwierdził, że nie ma żadnych podstaw do przeprowadzenia aborcji. Prosiłam również innych znajomych ginekologów, którzy także orzekli, że nie ma powodu do uśmiercenia dziecka. Zachęcając ją do jeszcze innych badań powiedziałam, że każda matka, nawet najzdrowsza, nie wie do końca, czy urodzi zdrowe dziecko. Po skończeniu wszystkich badań poszła ponownie na wizytę do prof. Troszyńskiego, który uświadomił jej, że nikt nigdy nie może mieć pewności, że urodzi się zdrowe lub chore dziecko. Elżbieta jednak, mimo wszystko nosiła w sobie irracjonalny lęk, że dziecko, które w sobie nosi będzie upośledzone i dlatego zdecydowana była ciążę usunąć. Planowała natomiast, aby za rok po aborcji, zdecydować się na poczęcie i urodzenie dziecka. Zapytałam, czy zdaje sobie sprawę z tego, że już nigdy więcej może nie urodzić dziecka. Te argumenty również nie skutkowały. Po jakimś czasie pojechałam do jej domu. Pamiętam, że miałam wtedy wysoką gorączkę. Na dworze temperatura sięgała -14°C. Przeszło trzy godziny rozmawiałam i przekonywałam również męża Elżbiety, niestety bezskutecznie. Dopiero tuż przed moim odejściem Elżbieta powiedziała mi, że zmieniła decyzję i mimo wszystko pragnie urodzić to dziecko. Uspokoiłam się. Jednak kilka dni później zadzwoniła do mnie i powiedziała, że przemyślała całą sprawę i decyduje się jednak na przerwanie ciąży. Kilka razy jeździłam do jej domu. Mąż był niewzruszony jak głaz, natomiast widziałam, że w sercu Elżbiety toczy się straszne zmaganie. Po każdej wizycie, dawała mi do zrozumienia, że urodzi dziecko. Była osobą wrażliwą. Dużo mówiła mi o okrucieństwie ZOMO i Milicji. Myślałam, że się ją przekonać. Zaczęłam być spokojna o życie dziecka. Kilka tygodni później, będąc w przychodni po trudnej rozmowie z jedną z pacjentek, nie wiem dlaczego, wyszłam z gabinetu drzwiami prowadzącymi nie do położnej, ale wprost do poczekalni. Na korytarzu zobaczyłam męża Elżbiety, który wstał na mój widok i z drwiącym uśmiechem oznajmił, że ostatecznie zdecydowali się z żoną na aborcję. Dowiedziałam się od niego, że Elżbieta została przyjęta na oddział i za chwilę będzie miała zabieg. Przyznam, że był to dla mnie szok. Natychmiast z pośpiechem udałam się do niej. Czekała przed gabinetem. Chciała mi podać rękę, ale odmówiłam, mówiąc: "Ja ręki ci nie podam, bo brzydzę się zbrodniarzy i morderców. Oskarżasz ZOMO i Milicję o nieludzkie zachowanie, a kimże ty jesteś, chcąc zabić swoje dziecko? Chcesz pozwolić, aby ktoś za chwilę poszarpał je, poćwiartował na części i wyrzucił do ubikacji? Czy będziesz mogła pójść w dniu Wszystkich Świętych na cmentarz, aby zapalić świeczkę na grobie tego dziecka? Czy będziesz mogła spokojnie na Sądzie Ostatecznym spojrzeć w twarz Jezusowi Chrystusowi, który oddał swoje życie za każdego człowieka? Czy będziesz mogła żyć spokojnie jako matka i spoglądać bez wyrzutów sumienia na żyjące swoje dzieci, wiedząc, że jedno pozwoliłaś zabić?" Spuściła głowę i słuchała w milczeniu. Po chwili zaczęła płakać. Dodałam: "Będzie to w takim razie twoja największa zbrodnia. Najwięcej cierpienia przyniesie ci śmierć tego dziecka. Wszystko, co powiedziałaś mi na temat ZOMO i Milicji, jest o wiele mniej brutalne aniżeli aborcja na którą się zdecydowałaś. Zomowcy byli bardziej humanitarni niż ty, dlatego, że oni męczyli i zabijali ludzi, którzy przynajmniej mogli się bronić. Dziecko żyjące w twoim łonie, które powinno być najbardziej bezpieczne, znajdując się pod sercem matki, jest w tej chwili najbardziej zagrożone, i za chwilę zginie z twojej winy brutalną i nieludzką śmiercią". Elżbieta stała ze spuszczoną głową i płakała. Widziałam, że bardzo mocno przeżywała tę sytuację. Zostawiłam ją samą i wróciłam do swojego gabinetu. Kilka godzin później zadzwoniła Elżbieta i z radością oznajmiła mi, że wypisała się ze szpitala i jest zdecydowana urodzić dziecko, pragnie tylko, bym została jego matką chrzestną. Natomiast jej mąż był bardzo zdenerwowany. Powiedział mi z wyrzutem: "Łatwo jest pani mówić, że trzeba urodzić dziecko, ale warunki są tak trudne, że nie poradzimy sobie". Tuż przed porodem Elżbieta opowiedziała mi o swojej matce, która będąc z nią w ciąży poważnie zachorowała. Proponowano jej aborcję, jednak kategorycznie odmówiła. Dzięki tej decyzji, Elżbieta przeżyła, a matce uratowano życie. Zapytała mnie o moją rodzinę. Opowiedziałam jej o swojej mamie, która często mi powtarzała: "Żyj tak, abyś umiała spojrzeć Panu Jezusowi prosto w oczy. Kiedy spotkasz Boga twarzą w twarz, nie będzie obok ciebie ani mamy ani taty, ani księdza, ani nauczycielki ze szkoły. Pamiętaj, żyj tak, abyś mogła spotkać Go z czystym sercem". To był największy testament mojej mamy. Nie znałam przyczyny jej śmierci. Kiedy uratowałam już wiele dzieci, rozmawiałam raz ze swoją ciocią. Widziała moją wielką radość, kiedy mówiłam, że czuję się szczęśliwa biorąc na ręce i tuląc dziecko, które miało zginąć a żyje. Właśnie wtedy ciocia spytała, czy znam przyczynę śmierci mojej mamy. Nie znałam. Wtedy ciocia opowiedziała mi, że w latach 60-tych, kiedy mama zaszła w kolejną ciążę, stan jej zdrowia był bardzo ciężki. Lekarze mówili, że trzeba dokonać aborcji, aby uratować jej życie. Przekonywali ją, że jeżeli nie zgodzi się na aborcję, to osieroci dzieci, które pójdą do domu dziecka. Mama nie zgodziła się. Powiedziała, że skoro jest taka wola Boża, to tak się stanie, jak Bóg chce. Finał był taki, że mama zmarła razem z dzieckiem. Moje rodzeństwo i ja zamieszkaliśmy w domu dziecka. Kiedy skończyłam opowiadać, Elżbieta zapytała o imię mojej mamy. Odpowiedziałam, że miała na imię Katarzyna. Wtedy drżącym ze wzruszenia głosem przyrzekła, że jeżeli urodzi się dziewczynka, otrzyma imię Kasia. W czasie kiedy Elżbieta rodziła, jej mąż siedział w poczekalni. Na mój widok wstał, wyprostował się i powiedział, że jeżeli się urodzi chore dziecko to i tak go nie przyjmie. Oznajmiłam mu, że wtedy ja się nim zaopiekuję, i nawet go nie zobaczy. Po porodzie zatelefonowała rozpromieniona Elżbieta dzieląc się ogromną radością. Między innymi mówiła: "Miałam bardzo częsty kontakt z noworodkami, ale to moje dziecko jest wyjątkowe. Po pierwsze ono płacze tak, że widać łzy, co przecież u noworodka jest niespotykane. Poza tym, Kasia jest taka zdrowa i silna, że już w drugim dniu podnosiła główkę!". Po porodzie, również ojciec szybko zmienił nastawienie, i z radością przyjął córkę. Kasia jest wielką radością całej rodziny. Teraz ma już 14 lat. Bardzo pięknie mówi i recytuje. Chodzi na różne zajęcia teatralne. Posiada wrodzony, wielki talent artystyczny. W szkole jest najlepszą uczennicą; wygrywa konkursy i olimpiady. Aż strach pomyśleć, jak wiele dzieci w Polsce nie miało takiego szczęścia jak Kasia i zostało skazanych na śmierć decyzją ginekologów o zdeprawowanych sumieniach, oraz rodziców, którzy nie zawsze zdawali sobie sprawę z tego, co czynią... "
fragment z artykułu opracowanego przez kleryka Tomasza Ludwickiego TChr
(Kasi na szczęście udało się przeżyć, "Miłujcie się", nr 11-12 / 1998)
- "Pod koniec studiów, a były to lata 70-te, przeżyłam bardzo boleśnie rozstanie z moim chłopakiem, który był moją pierwszą miłością, i z którym chodziłam prawie 5 lat. Pewnego dnia oświadczył mi, że się zakochał, nic na to nie poradzi, że musi odejść. Zostałam sama, a był to czas kiedy wszystkie moje koleżanki wychodziły za mąż. Po wyjściu z depresji zaczęłam "żyć na nowo", ale czyniłam to bardzo naiwnie i nieroztropnie - akademickie imprezy zakrapiane alkoholem, nieodpowiednie towarzystwo. Bardzo chciałam, aby ktoś mnie znów pokochał. Związałam się z człowiekiem, który o mnie nie dbał. Kiedy zaszłam w ciążę, powiedział, że nic go to nie obchodzi. Znalazłam się w sytuacji (w ówczesnym moim przekonaniu) bez wyjścia. Dziś już wiem, że Bóg zawsze pomaga tym, którzy Mu zaufają i powierzą swój los. Wtedy jednak wiara moja była jeszcze bardzo słaba, wydawało mi się, że nie ma innego wyjścia, jak tylko aborcja. Na rodziców nie mogłam liczyć, choć byli w separacji, żyli w jednym mieszkaniu. Stwarzało to, nawet bez dodatkowych czynników, ciężką atmosferę. Nie było wtedy jeszcze domów samotnych matek, w każdym razie ja o nich nie słyszałam. W latach 70-tych aborcja była na porządku dziennym. Uznawano ją za oznakę nowoczesności i postępu. Moje wyrzuty sumienia zagłuszyła ostatecznie panująca wtedy ustawa (z 1956 r.) o dopuszczalności aborcji. Skoro obowiązuje takie prawo, to widocznie moje postępowanie nie jest takie złe, jest prawe... Nie dostrzegałam wtedy tego, że prawo Boże stoi ponad wszelkim innym prawem i tyko ono obowiązuje chrześcijanina. Niemniej jednak ta właśnie obowiązująca ustawa o aborcji była tą przysłowiową "kropką nad i", która wpłynęła na moją decyzję. Z przerwaniem ciąży nie miałam żadnych trudności, lekarz nawet nie starał się mnie od wieść od tego zamiaru, od razu dał skierowanie do szpitala. Po zabiegu czułam się bardzo źle psychicznie i przed nikim nie mogłam się wypłakać. Przez 3 lata nie chodziłam do spowiedzi, ze strachu. Bałam się, że nie zostanę rozgrzeszona. Ale Bóg miłosierny nie pozostawił mnie samej sobie. Dziś rozumiem, że tylko dzięki Niemu poznałam uczciwego chłopaka. Po 2 latach pobraliśmy się. Na spowiedzi przedślubnej wszystko wyznałam w konfesjonale i nie spotkało mnie potępienie. Jak każde małżeństwo chcieliśmy mieć dzieci. Przez ponad 3 lata cierpiałam psychiczne męki, nie mogąc zajść w ciążę. Coraz bardziej dotkliwie uświadamiałam sobie, co zrobiłam i jakie niesie to za sobą skutki. Ale i tym razem Bóg miłosierny wysłuchał moich modlitw i obdarzył mnie dziećmi. Urodziłam dwóch synów, ale kosztowało mnie to bardzo dużo trudu. Pierwszą ciążę donosiłam tylko dlatego, że leżałam, a i tak codziennie wydawało mi się, że nie doniosę ciąży. Po dziś dzień mój syn jest nieśmiały, zalękniony, ma kłopoty emocjonalne. Drugi syn urodził się już jako wcześniak, nie zdołałam go donosić, dużo chorował, ale obecnie jest zdrowy. Choć minęły lata i znam już smak macierzyństwa, poczucie winy nie osłabło, wręcz się nasiliło. Kiedy patrzę na rozkoszne małe dzieciaczki, wyobrażam sobie, że nagle stają się martwe i robi mi się słabo. Myślę, że po dokonaniu aborcji poczucie winy nigdy nie opuszcza kobiety. Chociaż wierzę, że Bóg, który wszystkim skruszonym i pokornym przebacza, "grzech mój zawsze jest przede mną".(...) Pragnęłabym, aby wszystkie kobiety zrozumiały, że aborcja jest wielkim złem, że każde życie ludzkie jest święte i nikt nie ma prawa go niszczyć. Modlę się codziennie do Miłosierdzia Bożego i odmawiam różaniec za dzieci nienarodzone. Może kogoś to uratuje."
Małgorzata
(źródło: "Miłujcie się", nr 9-10 / 2001)
- "Jestem 59-letnią matką trzech synów. Najstarszy ma 35 lat, młodszy 32, a najmłodszy 22. Tego ostatniego nie miałam urodzić, bo były przeciwwskazania lekarza, ze względu na zły stan mojego zdrowia. Miałam 36 lat i dwoje dzieci, gdy tuż po operacji kamieni żółciowych okazało się, że jestem w ciąży. Od roku mieliśmy mieszkanie, warunki materialne byty bardzo trudne, ponieważ mąż sam pracował u Cegielskiego, niewiele zarabiał, a ja trochę dorabiałam szyjąc i wykonując drobne prace chałupnicze za marne grosze. Z uwagi na to, że chorowałam na przewlekłe zakrzepowe zapalenie żyt na nogach i dokuczała mi przepuklina pachwinowa, lekarz ginekolog z przychodni orzekł, że nie powinnam rodzić, ponieważ poród w tej sytuacji jest niebezpieczny. Postanowiłam, że nie odbiorę życia mojemu dziecku, bo życiem rządzi Bóg i stanie się tak, jak On będzie chciał. Zawierzyłam Matce Bożej i postanowiłam urodzić moje dziecko. Lekarz podczas następnej wizyty ponaglał, abym się wreszcie zdecydowała, póki czas na zabieg. Powtarzał, że on za mnie nie będzie decydował, bo i tak już ma dosyć na sumieniu. Jeszcze teraz, kiedy piszę te słowa, to przeżywam to wszystko na nowo. Ile razy byłam na kontrolnych miesięcznych badaniach w przychodni, powtarzał swoje "no, i widzi pani, jak pani wygląda", bo czułam się fatalnie. A w domu trzeba było wszystko zrobić. Nogi puchły okropnie, przepuklina bolała coraz bardziej i jelita w niej więzły. Pod koniec ósmego miesiąca lekarz wypisał mi skierowanie do szpitala na oddział patologii ciąży zaznaczając, że będę tam leżała z nogami na wyciągu, aż urodzę! Po prostu, nie chciał mnie już widzieć. Nie mogłam sobie tego nawet wyobrazić, więc płacząc pojechałam do szpitala pod opieką mojej młodszej siostry. Uspokojono mnie dziwiąc się, jak mógł lekarz coś takiego powiedzieć i zapewniono, że będę leżała w domu z zabandażowanymi nogami. W dzień leżałam, a w nocy nie mogłam spać, płakałam i modliłam się. Tak minął miesiąc i nadszedł czas porodu. Trwał długo, nogi miałam obandażowane od góry do dołu, ale obyto się bez większych problemów. Syn urodził się zdrowy i duży. W szpitalu byliśmy tylko trzy dni. Na Chrzcie św. daliśmy mu imię Marek. Jest przystojnym, wysokim mężczyzną (196 cm wzrostu) mądrym i dobrym. Wie, że ponad wszystko, i opierając się na Prawach Bożych ratowałam Jego życie. Jestem szczęśliwa, że tak uczyniłam. Dziękuję Bogu i mojej Patronce Najświętszej Maryi Pannie Wniebowziętej za całe moje życie!"
Maria
(źródło: "Miłujcie się", ROK XXII, nr 11-12 / 1996)
- "Ta historia zaczęła się w maju 2000 roku, kiedy mój lekarz stwierdził, że jestem w ciąży. To było jak grom z jasnego nieba, dla mnie i dla lekarza. Miałam już troje dzieci w wieku 15, 13 i 9 lat. Podczas ostatniego porodu omal nie umarłam wraz z dzieckiem i lekarz powiedział, że nie powinnam już mieć więcej dzieci, bo każdy następny poród będzie zbyt dużym obciążeniem dla mojego organizmu (przy dwu pierwszych porodach miałam krwotoki, trzeci po 25 godzinach odbył się poprzez cesarskie cięcie, a lekarze wiele godzin ledwo utrzymywali mnie przy życiu). Założyłam sobie spiralę. Po pięciu latach następną. Na badaniu kontrolnym powiedziałam, że opóźnia mi się miesiączka. Dostałam zastrzyki na jej wywołanie. Nie poskutkowały. Lekarz zrobił mi USG i stwierdził ciążę. Płakałam w gabinecie, a mój lekarz "nie mógł mi spojrzeć w oczy" - jak to sam powiedział i zaproponował mi aborcję gratis, bo przez jego niedopatrzenie byłam w niechcianej ciąży. Nasza sytuacja materialna nie była dobra, ciasnota w domu, syn od września miał uczyć się w technikum (co wiązało się z dodatkowymi wydatkami), młodszy kończył przygotowania do I Komunii św. Utrzymywaliśmy się tylko z poborów męża, a tu trzeba będzie kupić wyprawkę, łóżeczko, pieluchy, wózek, no i mleko - bardzo drogie, ja nigdy nie karmiłam dziecka własnym mlekiem, bo nigdy go nie miałam. Kiedy usłyszałam propozycję bezpłatnej aborcji, ucieszyłam się i uspokoiłam. Miałam zgłosić się za tydzień do szpitala. W drodze do domu uspokajałam sumienie - będzie dobrze, przecież to dopiero siódmy tydzień, zlepek bezkształtnych komórek. Wieczorem powiedziałam o wszystkim mężowi. Bardzo się zmartwił, a kiedy usłyszał o aborcji stanowczo się temu sprzeciwił. Krzyczałam, że to ja będę "nosiła brzuch" i rodziła w tych okropnych bólach, że mogę umrzeć, że nic go to nie obchodzi, bo cały ciężar wychowywania dzieci spoczywa na mnie, że mam już 36 lat i nie chcę znów powracać do pieluch. Wtedy on spokojnie powiedział: Zanim wyszłaś za mnie, modliłaś się podczas pielgrzymki na Jasną Górę o syna - księdza, być może to jest ten syn. Ten argument zamknął mi usta. Nie spałam całą noc, tylko myślałam. Nad ranem postanowiłam ciążę usunąć, a mężowi powiedzieć, że poroniłam. Ta myśl mnie uspokoiła. Następnego dnia przed pójściem z synem na katechezę przedkomunijną sortowałam rzeczy do prania. W koszu na brudną odzież znalazłam mój medalik. Stwierdziłam, że zdejmując bluzkę dwa dni temu musiałam go oderwać tak, że nawet tego nie zauważyłam, bo sam łańcuszek dalej wisiał na szyi. Na medaliku z jednej strony jest wizerunek Jezusa Miłosiernego z napisem Jezu ufam Tobie, z drugiej - podobizna siostry Faustyny. Poszliśmy z synem na katechezę. W kościele ksiądz zaczął śpiewać pieśń "Kiedyś, o Jezu chodził po świecie" i przy trzeciej zwrotce "Kto by u siebie dziecię przyjmował..." doznałam jakby porażenia. Uklękłam i zaczęłam płakać. Przepłakałam całą Mszę św. - Co ja chciałam zrobić - myślałam - Chciałam zabić nasze dziecko, uciszając sumienie złym stanem materialnym, niewygodą, swoim wiekiem. Chciałam zabić dziecko, które ma już i ciało i duszę, tak samo jak to, które za kilka dni przystąpi do I Komunii św. Jak mogłabym "spojrzeć w twarz" Jezusowi. Zgubiłam medalik i od razu "zgubiłam" sumienie. Parę tygodni później przeczytałam w "Miłujcie się", że spirala nie zapobiega ciąży, ale jest środkiem poronnym. Tu się zaczął mój koszmar. Cały czas myślałam tylko o tym, ile dzieci już zabiłam i jak silne musi być to, które noszę pod sercem, skoro pokonało tyle "zamachów". Po spowiedzi św. trochę się uspokoiłam, ale w sercu wciąż czułam odrazę do samej siebie. Uderzyła mnie ta prawda o Bogu, że dla Niego wszystko jest możliwe. Obdarował mnie wielkim darem, chociaż ja robiłam wszystko, by go nie przyjąć. Od dnia, w którym zdecydowałam, że urodzę to dziecko, codziennie modliłam się na koronce do Miłosierdzia Bożego, prosząc by dziecko urodziło się zdrowe. Mój synek przyszedł na świat w grudniu 2000 roku. Urodził się bez żadnych komplikacji - naturalnie, przy niewielkich bólach - zdrowy i piękny. Przywitałam go łzami, ucałowałam, zrobiłam znak krzyża na czole i szepnęłam: Wybacz mi, synku. Mój cudowny skarb skończył już rok. Uwielbiamy go wszyscy i bardzo kochamy. Rozwija się wspaniale, biega po domu, śmieje się głośno i mówi mama, a wtedy serce kurczy mi się z żalu, że mogłam go nie urodzić. Wszystko, co zdarzyło się od chwili, kiedy podjęłam decyzję o narodzinach syna, jest dla mnie cudem od Boga. Choć jest nam ciasno i brakuje pieniędzy, znaleźli się ludzie, którzy najpierw modlili się za nas, a potem ofiarowali nam ubranka, łóżeczko, wózek, nawet zabawki. Cudem jest też to, że wciąż mam pokarm w piersiach i karmię mojego synka bez żadnych przeszkód. I myślę sobie, że Jezus wystawił mnie na próbę, zaufałam Mu i jestem szczęśliwa. Uratował moje dziecko, uratował mnie."
Renata
(źródło: "Miłujcie się", nr 1-2 / 2002)
- "Po urodzeniu się naszej pierwszej córki moja żona Grażyna nie brała pod uwagę dalszego powiększenia rodziny. Ja natomiast uważałem, że jednemu dziecku źle jest na świecie. Kiedy pewnego dnia wróciłem z pracy, poznałem po oczach mojej Grażynki, że coś nie jest w porządku. Na pytanie "Co się stało?" usłyszałem krótką odpowiedź, po której natychmiast (szczęśliwy!) chwyciłem za telefon i umówiłem termin u ginekologa. Podejrzenie o ciążę potwierdziło się szybko - rozpierało mnie uczucie radości. Nie trwało ono długo, bo już kolejna informacja zatrzymała na moment bicie mojego serca. Następne badanie wykryło u żony raka piersi na tyle rozwiniętego - około 5 cm średnicy - że operacja jego usunięcia musiała nastąpić bezzwłocznie. Ze skierowaniem zgłosiliśmy się na oddział kobiecy do Kliniki Uniwersyteckiej w Hamburgu/Saar. Kiedy zaraz na początku polecono zrobienie zdjęcia rentgenowskiego, odmówiliśmy, tłumacząc, że żona jest w 11. tygodniu ciąży - zaskoczenie personelu było ogromne. Od tej chwili zajęli się nami lekarze. Padła propozycja przerwania ciąży, gdyż stanowiła ona poważną przeszkodę w dalszym leczeniu. Stanowcza odmowa ze strony Grażyny i moje całkowite poparcie tego stanowiska kierowały nas w rozmowach na coraz wyższe stopnie hierarchii medycznej, aż na szczyt - do samego dyrektora kliniki. Po osobistym zbadaniu żony potwierdził konieczność usunięcia ciąży, dodając, że inaczej nie widzi żadnych możliwości przeżycia dla dziecka i tylko niewielką szansę przejścia przez poród dla jego matki. Ponieważ lepiej od żony znałem niemiecki, to ja prowadziłem rozmowy z lekarzami. Byłem tak przejęty grozą sytuacji, że momentami nie mogłem wydobyć z siebie ani jednego słowa i wcale się nie dziwiłem, że moja żona, stojąc tak bez słowa obok mnie, tylko głośno płakała. Myśli latały w mojej głowie jak zwariowane. Wiedziałem, że tylko Bóg może nam pomóc, i prosiłem Go o słowa, które pomogłyby mi przekonać tego lekarza, że nie ma racji. Bałem się jednocześnie, że każde nieopatrznie wypowiedziane słowo mogło być przyzwoleniem na propozycję lekarzy. Czułem na sobie silny psychiczny nacisk ze strony tak wysoko wykształconych ludzi, dręczyła mnie także uparta myśl, że ja, prosty niedouczony człowiek, odważam się wdawać w dyskusje z ludźmi, którzy mają po kilka tytułów naukowych przed nazwiskiem. Zapomniałem na moment, że tylko Bóg jest prawdziwą mądrością, ale On przyszedł nam z pomocą, robiąc ze mnie swoje narzędzie... Zapytałem więc lekarzy, czy mogę dostać na piśmie, że po usunięciu ciąży moja żona nigdy więcej nie zachoruje na raka i będzie zdrowa. Lekarz był trochę zaskoczony tak sformułowanym pytaniem, ale odpowiedź była jedna: nikt na tym świecie nie może zagwarantować mojej żonie zdrowia i życia w tej ciężkiej chorobie i w jej tak zaawansowanym stanie. Dzięki Bogu już wiedziałem, co mam odpowiedzieć - moja reakcja była natychmiastowa: To po co zabijać? (Myśli kłębiły mi się w głowie i czułem, że za chwilę zwariuję, lecz jednocześnie widziałem bardzo jasno to, co mam mówić - dzięki Ci, Boże, że mnie wsparłeś w tym momencie.) Mówiłem dalej, że jeżeli teraz zabijemy to dziecko, a później umrze moja żona, to będę miał dwa życia na sumieniu. Zostawiając dziecko przy życiu i oczekując na rozwiązanie, zdaję się na Bożą wolę. Nawet jeżeli w późniejszym czasie odejdą oboje z tego świata, to będzie to oznaczało, że Bóg tak chciał. Z czystym sumieniem będę mógł żyć i opiekować się starszą córką. A jeżeli umrze jedno z nich, to na pewno będzie to dla mnie przykre i bardzo bolesne, ale będę miał pełną świadomość, że zrobiłem wszystko, co było w mojej mocy, żeby nie przeciwstawiać się Bożym przykazaniom i Jego woli. Bardzo mi ulżyło, kiedy skończyłem mówić. Teraz czułem się jak nurek, który wypłynął na powierzchnię wody, żeby nabrać powietrza. Serce biło mi tak mocno, jakby chciało ze mnie wyskoczyć. W chwili milczenia, której potrzebował mój rozmówca na zastanowienie się, wyczuwało się napięcie, ale jego odpowiedzią byłem tak zaskoczony, że prawie przysiadłem z wrażenia. - Jako mąż i tak nie ma pan nic do powiedzenia, pana żona musi to sama powiedzieć - usłyszałem. - Proszę bardzo - padło z mojej strony - żona potrafi tyle powiedzieć po niemiecku. Zwracając się do Grażyny, zapytał - Co Pani zdecydowała? Zapadła ciężka cisza. Wiedziałem, co czuje żona, bo przecież przed chwilą przeżywałem to samo, ale jednocześnie byłem świadom, że wszystko, co ona w tej chwili przechodzi, jest wielokrotnie większe, bo przecież to ona nosi dziecko i to ona decyduje teraz o swoim zdrowiu i życiu. Nieprawdopodobny ciężar tej sytuacji objawił się w krótkim płaczu Grażynki. Po chwili stanowczo powiedziała: - Jestem osobą wierzącą. Jak mam tyć w zgodzie z moim Bogiem i sumieniem, jeżeli zabiję moje własne dziecko? Nie, nie mogę tego zrobić. Chcę moje dziecko urodzić, bez względu na konsekwencje. Widać było zaskoczenie na twarzy lekarza. Szanując naszą decyzję, krótko uświadomił nas, czego możemy się spodziewać w związku z operacją guza. Żona została umieszczona w pokoju, gdzie - jak mieliśmy nadzieję - odpocznie, nabierze sił przed czekającym ją trudnym okresem życia. (Tylko Bóg jedyny wiedział, w jakiej byliśmy biedzie.) Następnego dnia przyszedłem do żony i miałem nadzieję, że zastanę ją w dobrym nastroju. Kiedy stanąłem przy łóżku od razu wiedziałem, że coś jest nie tak, miała czerwone i podpuchnięte od płaczu oczy. - Czemu płakałaś? spytałem. Powiedziała, że od samego rana znosiła psychiczny nacisk ze strony pielęgniarki i lekarza dyżurnego, którzy radzili by zmieniła decyzję. Dopiero moja ostra interwencja u tego lekarza zmieniła zachowanie personelu. Z Bożą pomocą Grażynka przeszła tę ciężką operację. Przez ten cały czas odczuwaliśmy ogromną pomoc i wstawiennictwo Matki Bożej, do której kierowaliśmy nasze modlitwy. Różaniec, który już wcześniej często odmawialiśmy, teraz stał się nieodłącznym towarzyszem dnia codziennego naszej rodziny, a w szczególności żony. Także dzięki modlitewnemu wsparciu, jakie otrzymaliśmy od niezliczonej rzeszy przyjaznych nam ludzi w Polsce, od diakonów i księży w Carisbergu oraz w Centrum Kultu Maryjnego w Schönstatt, Bóg sprawił, że stan po operacji Grażyny szybko się poprawiał, a dziecko prawidłowo się rozwijało. 11 stycznia 1999 r. urodziła się nam zdrowa dziewczynka, która była i jest do dzisiaj żywym zaprzeczeniem lekarskiej diagnozy i najpiękniejszym dowodem działalności Bożej w naszym życiu. Po dwugodzinnym porodzie żona o własnych siłach przeszła z sali porodowej do swojego pokoju. Długo zastanawialiśmy się nad imieniem dla dziecka i doszliśmy do wniosku, że za okazaną opiekę, pomoc i wstawiennictwo oraz z głębokiej wdzięczności dla Matki Bożej damy naszej córeczce na imię Miriam. Stan zdrowia Grażyny zdawał się stabilizować do tego stopnia, że wybraliśmy się w maju 2000 roku do Medugorje.Tam mogliśmy jeszcze raz podziękować Maryi za opiekę i Bogu za okazane łaski. U schyłku lata zdrowie żony zaczęło się nagle pogarszać. Liczne terapie miały znikomy wpływ na zatrzymanie rozwoju choroby. 5 grudnia 2000 r. Grażynka zmała. W swoim miłosierdziu Bóg dał żonie prawie dwa lata, aby mogła być przy swoim dziecku, patrzeć jak rośnie, jak zaczyna stawiać pierwsze kroki i mówi pierwsze słowa. Dla matki są to chyba najpiękniejsze chwile w życiu. Ale to nie jedyny dowód miłości i miłosierdzia Bożego, o jakim mógłbym napisać. Przez cały okres choroby - z Bożej woli cofnięte zostały do minimum wszelkie bóle, zwykle szczególnie silne na etapie przerzutów na kręgosłup i płuca, a takie u Grażynki obserwowano. Po śmierci oddałem do apteki 2 reklamówki tabletek przeciwbólowych, w większości nawet nie napoczętych. Wielki jest nasz Bóg w swojej wierności, jeżeli i my okażemy Mu wierność. Wierzę z całego serca, że teraz moja żona zaznaje radości życia wiecznego, które Jezus sam przecież obiecał... "Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, to choćby umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki." (J 11, 25-26) "Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je."(Mt 6,25-26). Kończąc to świadectwo, dla tych, którzy mogliby mieć jeszcze wątpliwości co do słuszności naszej decyzji, zacytuję jeszcze jedno pytanie, które postawił nam Jezus. Niech każdy spróbuje sam na nie odpowiedzieć - Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł (Mt 16, 26)."
Georg
(źródło: "Miłujcie się", nr 1 / 2003)